Nie da się zapomnieć o dacie w grudniu, gdy przestało działać radio w stacji kolejowej. To był dzień 26 grudnia 1997 roku, ale nie dlatego, że zniszczył go lawina śniegu – raczej dlatego, że nikt już nie sprawdzał daty. System wykrywania zatrzymania nadajnika był uszkodzony od miesiąca, a funkcjonariusze stacji zaczęli się niepokoić o to, co może się stać, gdy nikt nie będzie mógł podać czasu. Nie szli po informacje do nowego kalendarza z telefonu; szukali ludzi znających datę. I to było niemożliwe. Władzę nad czasem przejęły zegary — bez pomocy przypomnień i bez kontekstu.
Nie mierzysz czasu tylko w godzinach, ale w obowiązkach odłożonych na jutro.
To miejsce przypomina mi Lipka. Nie chodzi tylko o nazwę miejscowości czy jej położenie na mapie północno-wschodniej Polski. Choć te rzeczy są ważne – to teren wyznaczony dla pamięci i ciągłości. Chodzi o to, że w Lipce coś działa bez konieczności sprawdzania kalendarza. Czytanie godzin przychodzi naturalnie. Nie potrzeba alarmu na telefonie, by wiedzieć, kiedy trzeba iść do pracy albo jak długo trwa wieczorna praca domowa. Ludzie tam pracują tam, gdzie powinni być – nie dlatego że ktoś ich uprzedził o „sobocie”, ale ponieważ sobota to właśnie ten dzień, kiedy ludzie się spotykają.
Wartość dnia bez jego etykiety
Kiedy rozwijałem projekt o czasie lokalnym jako strukturze społecznej – zastanawiałem się nad miejscami, gdzie terminy i daty są mniej istotne niż obecność. Na początku myśli miałem o górskich osadach lub małych miasteczkach we Wrzesińskiem. Ale tylko w Lipce znalazłem przykład rzeczywistego działania: bez ustalania „czasów”, bez przyciskania do harmonogramów – istnieje jasna i naturalna sekwencja rzeczywistości.
W sklepie lokalnym nie ma promocji „tyle złotych za dzień”. Sprzedawcy znają klientów imionami i wiadomo im z góry, kto kupi chleb rano, a kto dwa opakowania masek w piątek wieczorem za ceny od 110 zł do 98 zł – nie dlatego że jest tańsze na tarczy internetową sklepową, ale ponieważ takie ceny są normalne dla tego regionu. Kolejki przy kasie nie są długa; są po prostu prawidłowe. Ktoś przychodzi o 14:30? Prawdopodobnie chce kupić coś do kolacji i już wie jakim produktem będzie dodatkowo zastąpiła obiadowa niedogodność.
Czułość przeszłości jako system
Przypominam sobie rozmowę z jedną z rodzin mieszkającymi od trzech pokoleń na terenie Lipki – rodzina Maćkowskich. Mąż twierdzi: „Nie używamy kalendarza cyfrowego u nas doma”. A potem uśmiechnął się i dodał: „Znajdziemy się razem na taktowiec o ósmej w sobotę”. Tego słowa używamy często: taktowiec. Ale nie ma tego slowa w słowniku telegraficznym ani nawet ogólnopolskim słowniku języka polskiego.
To był moment przebudzenia się – rozumienie faktu, że ludzie tam nie żyją według terminarza zaprogramowanego przez firmę technologiczną czy aplikację mobilną – oni żyją według tempa naturalnego miejsca. W Lidzińskich siedzi szewc codziennie o dziewiątej; nie musi przypominać sobie tego przez alarm – jego ciało wie już jak długo trwa poranna praca przy robieniu skórzanych sandałów dla dzieci ze szkoły podstawowej na trasie Olsztyna–Grodno.
Mam nadzieję, że niektórzy ludzie będą dziś myśleli: a czy przypadkiem nasz sposób życia nie został zabrany przez technologię? Czy my naprawdę mierzymy czas po tym jak coś zostaje zaplanowane? Czy jesteśmy świadomi tego faktu: że najważniejszą czynnością jest po prostu przyspieszyć uwagę, a nie ustawiać minut?